niedziela, 24 października 2010

Remember Me



Robert Pattinson postanowił pójść na całość. W filmie "Twój na zawsze" odpala papierosa za papierosem, pije na umór, bierze udział w bójkach i uprawia dziki seks. Na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina boskiego wampira Edwarda, który podbił serca egzaltowanych nastolatek na całym świecie. Wygląda na to, że gwiazdor "Sagi Zmierzch" pragnie za wszelką cenę porysować swój kryształowy wizerunek, aby nikt nie kojarzył go więcej z lalusiowatym amantem wygłaszającym sążniste przemowy o miłości.

Pattinson gra tu Tylera – zbuntowanego młodzieńca rozmyślającego nad butelką piwa o złu we wszechświecie. Odkąd jego brat popełnił samobójstwo, chłopak pozostaje w nieustannym konflikcie ze swoim majętnym i wpływowym ojcem (Brosnan), którego obwinia o tę tragedię. Aby się utrzymać, Tyler pracuje w księgarni, zaś w wolnych chwilach uczęszcza na wykłady w college'u. Gdy dopada go ból istnienia, sięga po zeszyt, gdzie zapisuje przygnębiające refleksje. Pattinsonowi marzy się chyba bycie Jamesem Deanem i Charlesem Bukowskim w jednym. Jego bohater raz próbuje być cyniczny, kiedy indziej zamienia się w melancholijnego wrażliwca. Wdaje się z szarpaninę z policjantem, a następnego dnia tuli młodszą siostrzyczkę i czyta jej mity greckie. We wnętrzu Tylera toczy się nieustanna walka z demonami przeszłości oraz widmami przyszłości. Dopiero romans z dziewczyną dotkniętą podobną traumą (jako dziecko była świadkiem zabójstwa matki) pozwala mu wyściubić na chwilę nos z emocjonalnego piekiełka.

"Twój na zawsze" jest nominalnie melodramatem – fabularny środek ciężkości stanowi bowiem historia o trudnym uczuciu. Twórcy całkiem sprawnie poruszają się w łzawym gatunku. W relacjach między kochankami rzadko kiedy wychwytuje się fałszywe tony, zaś momenty sercowych porywów bardzo często doprawione są szczyptą humoru. Pierwszy raz widziałem w kinie scenę, gdy chłopak, przeświadczony o tym, że zostanie wystawiony, dzwoni do dziewczyny, by przypomnieć jej o randce. Dziwi jedynie decyzja castingowa twórców, którzy do roli dwudziestoletniej ukochanej bohatera postanowili zatrudnić wyglądającą aż nazbyt dojrzale Emilie de Ravin (rocznik 1981). No, ale może Pattinsonowi potrzeba na ekranie starszych partnerek?

W filmie Allena Coultera najciekawsze okazują się jednak próby radzenia sobie ze stratą bliskich. Co zrobić, gdy z budowanej z mozołem konstrukcji znika jeden z jej najistotniejszych elementów? Jak wypełnić próżnię, która wysysa z nas radość i energię? "Dotknięcie pustki" potrafi rozsadzić więzi rodzinne i skazać ludzi na zamknięcie się pancerzach samotności. W dodatku pozostawia w nas obezwładniające przeświadczenie o przypadkowości ludzkiego losu. Żyjmy więc szybko, umierajmy młodo, a jeśli chcemy rozśmieszyć Boga, powiedzmy mu o swoich planach.

Brak komentarzy: